8 stycznia 2016

Kiedy różdżka wpadnie w niepowołane ręce

Kochani!!!
Chcemy ogłosić Wam coś bardzo ważnego!
Dzisiaj jest rok jak prowadzimy tego bloga! Tak szybko minął nam ten czas i tyle cudownych rzeczy się wydarzyło! Dziękujemy, że wciąż jesteście z nami, mimo, że nie zawsze wywiązujemy się z terminów. Jesteście niezastąpieni. Bez Was ta historia nie miałaby dalszego ciągu. Po prostu serce w nas rośnie i chciałyśmy podziękować wszystkim, którzy nam niezłomnie towarzyszą. Jesteście najlepsi!

A tutaj mamy dla Was mały urodzinowy prezent. Mamy nadzieję, że taka opowiastka przypadnie Wam do gustu!
Kochamy Was!
Wasze ~ Rogacz i Łapa



*

           Dorea Potter zwlokła się z łóżka, słysząc przeraźliwy krzyk swojego jedynaka. Spojrzała z politowaniem na męża, który nakrył sobie głowę poduszką i odwrócił się na drugi bok, udając, że nie słyszy płaczu syna. Podeszła do łóżeczka, które stało przy ścianie. W tym momencie przeklęła dzień, kiedy wraz z mężem spłodzili tego małego szarlatana, który od niespełna roku witał ich takim krzykiem skoro świt. Oczywiście Charlus nigdy nie kwapił się, by spełnić zachcianki małego synka, ponieważ jak sam uważał, musi wysypiać się do pracy. Z tej oto przyczyny pani Potter każdego ranka brała syna na ręce i starała się opanować jego histerię. Tak było i tym razem. Spojrzała na zapłakane orzechowe oczy swojego rozczochranego syna i wzięła go na ręce. Wyszła z nim z pokoju, chcąc pozwolić wyspać się swojemu małżonkowi i poszła z malcem do kuchni. Posadziła go w dziecięcym krzesełku i dała mu jego ulubioną maskotkę – hipogryfa. Jednak na długo go tym nie zajęła, ponieważ chłopiec wyrzucił pluszaka i znów wrócił do swojej ulubionej metody terroryzowania rodziców, którą był przeraźliwy krzyk. Matka wywróciła oczami i w duchu przyrzekła sobie, że nigdy więcej nie zgodzi się na kolejne dziecko. Podeszła do lodówki, machnęła różdżką i szybko przygotowała śniadanie dla Jamesa. Malec wyszczerzył z zadowolenia swoje cztery ząbki i zamachał energicznie piąstkami, po czym umoczył prawą rączkę w misce. Dorea roześmiała się i pogłaskała łobuza po głowie, czyniąc na niej jeszcze większy chaos. W tej chwili do kuchni wkroczyła głowa rodziny Potterów. Charlus wiedział, że jego żona pewnie zdążyła już opanować sytuację i zaspokoiła jakoś wieczne zachcianki syna. Ucałował żonę w policzek i posmyrał syna po stópkach. Malec roześmiał się i wyciągnął ubrudzone rączki do ojca. Potter wziął chłopca na ręce i zaczął wirować wraz z synem wokół osi. Przytulił małego do piersi i poklepał delikatnie po pleckach. James reagując gwałtownie na taką poranną zabawę, zwymiotował ojcu na ramię. Zdegustowany mężczyzna oddał syna żonie, a sam udał się do łazienki, by zmienić dopiero co wyprany sweter na czysty. Po chwili wyszedł, zahaczył o kuchnię, chwycił w przelocie kanapkę, ucałował jeszcze raz żonę, pogłaskał syna i wyszedł do pracy. Za drzwiami dało się usłyszeć charakterystyczne pyknięcie, co dało znak Dorei, że mąż już się teleportował. Pani Potter odwróciła się do syna, wzięła go na ręce i zaniosła do sypialni. Posadziła go na łóżku i sama udała się do garderoby w poszukiwaniu czystych ciuszków. Wciąż mając na oku swojego jedynaka, zabrała ze sobą trzy pary śpioszków i wróciła do dziecka. Zdjęła z Jamesa brudny kaftanik i wrzuciła go do kosza na bieliznę. Chwyciła w ręce urocze, czerwone body z owieczkami i przełożyła mu je przez głowę, co nie spodobało się malcowi, który zaczął płakać. Zrezygnowana odłożyła ciuszek i chwyciła następny. Przy tym także James wyraził swój sprzeciw, a przy trzeciej próbie zaczął tarzać się po łóżku, głośno płacząc. Dorea również była bliska łez. Zastanawiała się, w kogo wdał się jej syn. Załamana usiadła na łóżku i próbował jeszcze raz przekonać swoje dziecko do kaftanika z owieczkami. Jednak nie przyniosło to rezultatu. Nie wiedząc, co ma zrobić, spojrzała na osmarkanego syna i podeszła jeszcze raz do garderoby. Chwyciła z półki pierwsze lepsze ciuszki i obiecała sobie, że włoży mu je choćby siłą. James widząc swoją mamę, zaczął się cieszyć i machać rączkami z zadowolenia. Zdumiona kobieta spojrzała na trzymane w ręku ubranko i zaczęła się śmiać.
- Ty cwaniaku!
Body były koloru czerwonego i zdobiły je złote znicze
- A więc o to ci chodziło.
Malec jakby ją rozumiejąc zagaworzył radośnie i pokazał swoje wszystkie zęby. Ubrał się posłusznie i spoglądając na swoje ulubione ubranko, zdążył już je oślinić. Dotknął małym paluszkiem jedną z piłeczek, a ta radośnie zatrzepotała skrzydełkami*. Posadziła synka w łóżeczku, a sama poszła się ubrać i umalować. Miała mieć dzisiaj gości i nie mogła pozwolić, by zastali ją w takim stanie. Kończąc upinać włosy w wysokiego koka, podeszła do dziecka i z ulgą odkryła, że mały Potter zasnął. Spokojna zeszła do kuchni i zabrała się za przygotowywanie wiśniowego ciasta. Wszystkie potrzebne składniki przywołała przy pomocy magii, kiedy usłyszała nagle, po raz kolejny dzisiejszego dnia, płacz dziecka. Stwierdziła, że nie może być na każde zawołanie syna, toteż włączyła radio, aby zagłuszyć zrozpaczony jęk. Gdy wstawiła ciasto do piekarnika, postanowiła, że wreszcie sprawdzi, czy jej pierworodny wciąż rozpacza. Weszła do pokoju, zerknęła w stronę łóżeczka, ale James spokojnie leżał. Będąc pod wrażeniem takiej sytuacji, przykryła syna kołderką i wróciła do kuchni. Ciasto powoli dochodziło, więc uznała, że weźmie się za sprzątanie mieszkania. Miała jeszcze trochę czasu do przybycia gości. Postanowiła skorzystać z chwili spokoju i włączyła radio w celu wysłuchania swojej ulubionej audycji „Praktyczna czarownica”, gdzie Grunwilda Leshley dawała rady, jak prowadzić czarodziejski dom i nie zwariować. Charlus zazwyczaj śmiał się z jej wskazówek, gdyż uważał, że są bezsensowne, ponieważ żadna czarownica nie stawi raczej czoła smokowi. Dlatego też pani Potter oddawała się tej przyjemności tylko wtedy, gdy męża nie było w pobliżu. Gdy audycja dobiegała końca, a Grunwilda opowiadała o tym, jak przy pomocy hipogryfa skutecznie skosić trawę w ogrodzie, matka usłyszała dobiegający z góry płacz swojego syna. Zaklinając pod nosem, zwlokła się powoli z ulubionego fotela i poczłapała z nietęgą miną do sypialni. Wchodząc do pokoju, zauważyła malca stojącego przy szczebelkach, który powiedział coś radośnie na widok swojej prywatnej mleczarni. Dorea nakarmiła swojego jedynaka i wraz z nim udała się na dół do salonu. Posadziła go na miękkim dywanie i dała ulubione zabawki, a sama poszła dopilnować ostatnich rzeczy przed przybyciem gości. W czasie gdy krzątała się po kuchni, usłyszała dzwonek do drzwi. Przekonana, że to jej szwagierka wraz z małą Ellie, poszła otworzyć. Jednak jej ukazała się Margaret – wieloletnia, samotna i bezdzietna sąsiadka Potterów. Nim Dorea zdążyła powiedzieć, że właśnie spodziewa się gości, kobieta weszła do domu i zajęła miejsce przy stole w kuchni. Oniemiała gospodyni grzecznie zaproponowała jej herbatę, co ta przyjęła z ochotą. Margaret, jak zwykle, zaczęła snuć opowieść o swoich starych, brzydkich kocurach, które nazywała słodkimi kociaczkami oraz o zdeprawowanych dzieciach siostry. Dorea od czasu do czasu wtrącała jakieś zdawkowe uwagi, modląc się w duchu, by wizyta sąsiadki nie trwała zbyt długo.
             W tym samym czasie, kiedy panie rozmawiały w kuchni, James bawił się w salonie swoimi pluszakami. Malec rzucał maskotkami w gzyms kominka i patrzył, jak te wpadały w ogień. Sprawiało mu to ogromną frajdę. Za każdym razem kiedy zabawkę zajmowały płomienie, malec klaskał w ręce i szukał kolejnego miśka, którego mógłby rzucić w ogień. Mały Potter był przekonany, że tata lub mama machną swoim magicznym kijkiem i jego zabawki znów odzyskają dawny wygląd. Przecież tyle razy już tak było. Tata zawsze wszystko naprawiał. Zwłaszcza, kiedy James zaczynał płakać. Zajęty zabawą chłopiec ze smutkiem odkrył w końcu, że wszystkie zabawki, które dała mu matka, spłonęły w kominku. Rozejrzał się ciekawsko po pokoju i wtedy to zobaczył! Na fotelu, który zazwyczaj zajmowała mama, leżał jej czarodziejski patyczek. Uradowany chłopiec popełzał do fotela i chwycił w swe rączki owy przedmiot. Już nie musi czekać na rodziców! Sam naprawi swoje zabawki, a potem znów będzie mógł wrzucić je do kominka. Uradowany wrócił na dywan. Usiadł naprzeciwko obiektu zabawy i z całej siły machnął małą rączką, w której trzymał różdżkę swojej mamy. Pół Doliny Godryka usłyszało wybuch pochodzący z niewiadomego źródła. Gzyms kominka rozpadł się na kawałki i wypluł swoje wnętrzności na osmolony dywan, wśród nich znajdowały się także naprawione zabawki dziecka. Chłopiec zadrżał z zimna, ponieważ w ścianie za kominkiem pojawiła się ogromna dziura, przez którą wdzierał się chłód. James uszczęśliwiony poraczkował do swoich pluszaków i chwycił jednego z nich w rączkę i cisnął nim z powrotem do rozwalonego kominka. Wtedy do pokoju wbiegły dwie kobiety.
- James! – zobaczyła syna całego w sadzy i omal z przerażenia nie osunęła się na podłogę. Sąsiadka przytrzymała kobietę, a sama, będąc w szoku, rozglądała się z niedowierzaniem po pokoju. Mały Potter chcąc pochwalić się przed mamą swoim wyczynem, chwycił drugiego misia i zaczął nim machać, a drugą rączką, gdzie wciąż znajdowała się różdżka, machnął w stronę Margaret. Kobieta jak na zawołanie obrosła w łuski, a między jej palcami pojawiła się błona. Sąsiadka przerażona, zaczęła się drzeć jak opętana, a Dorea, trzeźwiejąc, podbiegła do syna i wściekła, ale też przerażona, wyrwała mu różdżkę. Obejrzała szybko małego czy nic mu się nie stało i wysłała patronusa do męża. Oczyściła dziecko z sadzy, a następnie podeszła do roztrzęsionej sąsiadki.
- Margaret, spokojnie. Zaraz to naprawię.
- Nie zbliżaj się do mnie! To dziecko samego szatana! Kim wy jesteście? – rozhisteryzowana zaczęła rzucać wazonami w biedną Doree. Pani domu, nie zastanawiając się długo, machnęła różdżką w stronę Margaret i ta skrępowana linami upadła na ziemię. Pani Potter naprawiła szkody syna i kobieta odzyskała swoją normalną postać.
- Odsuń się ode mnie – kobieta nie dawała za wygraną i zaczęła się rzucać po podłodze.
- Proszę się uspokoić. Nic się pani nie stało. Już wszystko w porządku.
- Doniosę na was tutejszym księżom. Odprawią nad wami egzorcyzmy. Nasienie szatana w naszej spokojnej wiosce. Skalacie tą czystą ziemię. – kobieta rozkręcała się na dobre i nie zamierzała skończyć. Dorea tracąc powoli cierpliwość, chwyciła stojąca lampę i uderzyła nią sąsiadkę w tył głowy, aby ta się uspokoiła. Kobieta momentalnie straciła przytomność. James chwaląc mamę za pomysł, przydreptał obok niej, szarpnął za nogawkę i wyciągnął rączki ku górze. W tej chwili do domu weszli urzędnicy ministerstwa magii na czele z Charlusem. To, co zobaczyli, przewyższyło ich najśmielsze wyobrażenia. Dorea stała z lampą w ręku nad nieprzytomną i skrępowaną kobietą, a James radośnie gaworzył przy jej nogach.
- E… Dorea? Proszę cię, odłóż tą lampę. – mężczyzna nie bardzo wiedząc, co jego żona zamierza zrobić z tym przedmiotem, sam podszedł do niej i zabrał jej go z ręki. Kobieta momentalnie rzuciła się na męża, objęła go i zaczęła histerycznie płakać. Kiedy się uspokoiła, Potter posadził żonę na fotelu, a syna wziął na ręce i rozejrzał się po zdemolowanym pokoju. W tym czasie urzędnicy zabrali się do modyfikowania pamięci niewinnej kobiecie i przetransportowali ją do jej domu. Charlus, za pomocą zaklęcia, naprawił pokój i przywrócił go do dawnej świetności. Syn będąc zadowolony z uzyskanego efektu przez ojca, zaczął delikatnie podskakiwać na jego rękach, przy czym obślinił mężczyźnie koszulę. Akurat w tej chwili, po raz kolejny tego dnia, do drzwi domu rozległ się dzwonek. Pan Potter poszedł, żeby otworzyć i ujrzał swoją bratową z uroczą chrześnicą.
- Witaj, Charlus! – przywitała go kobieta – Całe wieki się nie widzieliśmy.
- Cześć, Gaby. Przyszłaś w samą porę.
Wpuścił kobietę wraz z dzieckiem do środka i zaprowadził je do salonu. Małego Pottera posadził na dywanie wśród nieco przybrudzonych pluszaków i zaraz obok niego znalazła się mała Ellie. Gaby przywitała się ze szwagierką, po czym usiadła w miękkim fotelu.
- Charlus, a ty już nie w pracy? Mój mąż jeszcze nie wrócił.
Mężczyzna spojrzał rozbawiony na żonę, na co ta wstała.
- Pójdę zrobić wam herbaty. Upiekłam pyszne ciasto.
Mama dziewczynki spojrzała pytająco na brata swojego męża i ponagliła go wzrokiem.
- No wiesz, Gaby… Nasz syn zapewnił nam dzisiaj niecodzienną rozrywkę.

*

        Wrzesień zbliżał się wielkimi krokami, a na ulicy Pokątnej panował coraz większy rozgardiasz. Dorea wraz z Charlusem i synem weszła do Madame Malkin. James Potter stanął na podeście i pozwolił zmierzyć się magicznej mierze. Wszystkie wymiary zostały zapisane na pergaminie, a właścicielka owijała chłopaka materiałami i oznaczała różne miejsca szpilkami. Po kilkunastu minutach szata była gotowa, a rodzina poszła dalej, aby zakupić inne potrzebne rzeczy. W następnej kolejności udali się do Ollivandera, aby zakupić pierwszą różdżkę dla młodego czarodzieja. Otworzyli drzwi, a ich wejście ogłosił radosny dźwięk dzwonka. Właściciel sklepu pojawił się nagle przy ladzie, witając serdecznie przybyłych klientów.
- Dzień dobry – przywitał się głośno James – Przyszłem kupić różdżkę.
- Przyszedłem! – poprawiła go matka, zdzielając go po głowie.
- Aua, mamo! Wstydu nie rób! – odpyskował syn, czym zasłużył sobie na karcące spojrzenie ojca. Chłopak naburmuszony podszedł do lady i oparł się o blat.
- Już się robi, drogi młodzieńcze. – udobruchał go właściciel – Zaraz coś dla ciebie znajdziemy. Twoja matka i ojciec też tu zakupili swoje pierwsze różdżki. Zobaczymy, czy pójdziesz w ich ślady.
James rozpromieniony wziął pierwszą różdżkę i machnął nią. Skutkiem było to, że drabina Ollivandera rozpadła się na szczebelki. Chłopiec automatycznie zwróci przedmiot i czekał na następny. Przy piątej próbie wiedział, że to będzie ta.
- Mahoń, 11 cali. – orzekł właściciel – Bardzo poręczna. Wręcz znakomita do transmutacji. Dbaj o nią.
James jak zaczarowany z namaszczeniem wziął różdżkę w obie ręce i stanął z nią z uśmiechem przed rodzicami.
- Tylko nie naprawiaj nią pluszaków. – oznajmił Charlus, na co Dorea wraz z Jamesem wybuchnęli niekontrolowanym śmiechem

29 grudnia 2015

XXVIII. Niepewność cz.II

Kochani!!!
Na początku chciałybyśmy życzyć Wam Wesołych Świąt, mimo że  to już trochę po czasie... Ale! Klimat świąteczny wciąż trwa! Tak więc życzymy Wam pokoju i radości z codzienności(te rymy <3). Bądźcie zawsze sobą i miejcie powód do dumy, bo tacy jesteście najpiękniejsi! Także na ten Nowy Rok życzymy Wam wielu sukcesów i siły, aby ten czas był jeszcze lepszy i jeszcze bogatszy! Aż chce się rzec "carpe diem"! :D
Dzisiaj mija równy miesiąc od poprzedniego rozdziału. Przepraszamy. Wiemy, że notka miała pojawić się wieki temu, ale nasz umysł spowiła noc ciemna. Po prostu otwierałyśmy Worda i... nic. Pierwszy raz miałyśmy chyba taką sytuację, że po prostu nic nie szło. Jednak w końcu coś udało nam się wypocić.
Następny rozdział... Nie wiemy kiedy, ale zanim on się pojawi, to będziemy miały dla Was jeszcze niespodziankę :) 
A teraz bez dalszego przedłużania, zapraszamy do czytania i komentowania :D
Wasze ~ Rogacz i Łapa


*

            Frank Longbottom stał przy drzwiach do Sali Wejściowej i czekał na swoją koleżankę. Kazała mu tu przyjść, ale on jej jakoś nie widział. Myślał, że może jeszcze je śniadanie, ale nie widział jej wewnątrz Wielkiej Sali. Postanowił, że poczeka na nią co najwyżej piętnaście minut i jeśli się nie pojawi, to pójdzie do biblioteki. Stojąc tak i przestępując z nogi na nogę, dostrzegł nareszcie Lily na schodach. Tyle, że nie była sama, a w towarzystwie Jamesa. Chłopak ubrany był w strój do quidditcha, więc Frank wywnioskował, że pewnie za chwilę mają trening. Trochę przerażało go to, że okularnik spoglądał na niego, kiedy rozmawiał z Evans. Nie wiedział, czy to dotyczy jego, ale miał nadzieję, że to tylko jego wyobraźnia podsuwa mu takie podejrzenia. Spuścił głowę w dół i wpatrywał się intensywnie w podłogę przed sobą. Nie chciał patrzeć dalej na tą dwójkę w obawie, że jego podejrzenia okażą się słuszne. Marzył o tym, aby być graczem w tak dobrej drużynie, ale był świadomy tego, że po prostu nie ma szans. Mógłby spróbować i się przekonać, ale nie chciał tego robić. Nie chciał dać nikomu powodu do naśmiewania się z niego. Wiedział, że jeśli poniósłby porażkę, nie potrafiłby nikomu spojrzeć swobodnie w oczy. Po chwili zobaczył przed sobą damskie buty, a nad nimi zgrabne nogi i czarno-szkarłatną spódniczkę. Podniósł wzrok wyżej i ujrzał przed sobą rudowłosą Gryfonkę. Jednak za nią wciąż znajdował się James i wyraźnie na coś czekał.
- Cześć, Frank – przywitała się, kładąc chłopakowi ręce na ramionach – Przepraszam, że czekałeś, ale musiałam załatwić ważną sprawę.
- Cześć, Lily. – odpowiedział ledwo słyszalnie. Potter niestety jeszcze potęgował jego skrępowanie – To… Co chciałaś mi pokazać?
- Ano właśnie! – rozentuzjazmowana dziewczyna klasnęła w ręce – To niespodzianka! Musisz pójść z nami w jedno miejsce – wskazała na siebie i okularnika, który w tej chwili podszedł i przywitał się z kolegą, poprzez męski uścisk ręki. Longbottom nieco zdezorientowany kiwnął tylko głową i posłusznie powlókł się za parą.
       Dwójka Gryfonów odważnie brnęła do przodu, rozmawiając o czym popadnie. Frank, który szedł nieco za nimi, nie mógł się nadziwić. Przecież ta dwójka jeszcze tak niedawno ciągle darła ze sobą koty. Lily nie potrafiła spojrzeć na Pottera, a ten nie potrafił przejść obok niej obojętnie, nie robiąc przy okazji niczego idiotycznego. Chłopak miał coraz silniejsze wrażenie, że na przyjaźni się to nie skończy. Kiedy tak rozmyślał i przysłuchiwał się rozmowie, zauważył, że zbliżają się do boiska quidditcha. Coś w środku niego zaczęło pękać. Tętno wraz z oddechem przyspieszyło, a nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. Toczył w sobie wewnętrzną walkę. Domyślał się, o co chodzi Lily. Słyszał, że w drużynie Gryffindoru brakuje jednego zawodnika i wiedział też, że dzisiaj ma być przeprowadzony nabór. Przystanął. Zadarł głowę do góry i spojrzał na zachmurzone niebo. Był już początek listopada, a powietrze wciąż było przyjemnie ciepłe. Jedyne co znakowało jesień, to opadające z drzew kolorowe liście, a także od czasu do czasu siąpiący deszcz. Kiedy tak o tym pomyślał, poczuł krople wody, która rozbiła się na jego czole. Wiedział już, że pogoda ma zamiar towarzyszyć jego wewnętrznym odczuciom. Co by dał, aby być choć trochę bardziej odważnym.
- Frank, idziesz? – krzyknęła Lily kilka metrów dalej. Dopiero po takim czasie zorientowała się, że Longbottoma już za nimi nie ma. Chłopak spojrzał przed siebie. Widział wyczekujący wzrok towarzyszy. Oni nie rozumieli jego wątpliwości i lęków. Od dziecka słuchał, że jest nieudacznikiem, że nigdy nie dorówna swojemu ojcu. Dlaczego teraz miałoby być inaczej? Widział, że Evans coś mówi do Jamesa, po czym ten odchodzi. Dziewczyna potruchtała w jego kierunku i spojrzała na niego troskliwie. Wiedział, że może jej zaufać, mimo to i tak się bał.
- O co chodzi, Frank? – spytała cicho – Przecież marzyłeś o tym. Pamiętam, jak kiedyś wspomniałeś coś odnośnie tego. Teraz masz szansę.
- A jeśli mi się nie uda? – spytał, postanawiając wreszcie ujawnić swoje obawy.
- Dlaczego od razu zakładasz najgorsze?
- Lily, nigdy nic mi się nie udaje. Czemu teraz miałoby być inaczej? – spojrzał na nią wyzywająco. Był pewny, że dziewczyna nie będzie wiedziała, co odpowiedzieć.
- Frank. – spojrzała na niego z gniewem – Jeśli całe życie będziesz patrzył na innych i słuchał tego, co mówią, to nigdy nie osiągniesz tego, co chcesz! Czemu na starcie się poddajesz? Masz talent! Widziałam, jak latasz. Wszyscy w ciebie wierzą, tylko ty poddajesz wątpliwościom swoje zdolności. Chcesz przez cały Hogwart przejść niezauważony i samotny? Masz ogromną szansę i proszę cię, nie rezygnuj z niej.
Położyła ręce na ramionach chłopaka, po czym go przytuliła. On stał nieruchomo, trawiąc słowa przyjaciółki. Po chwili odsunęła się od niego i spojrzała wyczekująco, a ten po chwili, kiwnął głową. Chciał zrobić coś z swoim życiem i miał okazję. Nie mógł jej zmarnować!
       Gryfon jeszcze nigdy nie czuł się tak obserwowany jak teraz. W prawej ręce trzymał w pogotowiu miotłę i spoglądał z lękiem na trybuny. Po chwili zobaczył Lily i siedzącą obok niej Anne, która pokazała mu zaciśnięte kciuki. Zarumienił się momentalnie, ale poczuł przypływ pewności. Na gwizdek przełożył nogę Błyskawicę i modląc się w duchu, by wszystko poszło dobrze, wzbił się w powietrze. Oprócz niego było jeszcze pięciu kandydatów na stanowisko ścigającego. Z racji, że był w ostatniej parze, miał szansę zauważyć, że żaden z kandydatów nie jest naprawdę dobry. Mało który trafił więcej niż cztery na dziesięć bramek. W końcu nadeszła kolej na niego i Michaela, czyli jego partnera w ćwiczeniu. Podania wychodziły im w miarę celnie. Kilka razy zdarzyło się, że sknocili akcję, ale ogólne wrażenie było dobre. Bramki też trafiali, oczywiście poza tymi, które wybronił Black. Frank był przekonany, że właśnie jego partner dostanie tą pozycję. Wewnętrznie już się pożegnał z szansą na jakąś zmianę i postanowił, że nigdy już się tak nie wygłupi. Wylądował i podszedł do kapitana.
- Dzięki, James. Miło było być na treningu.
Potter spojrzał na niego jak na idiotę. Wiedział, że Frank w siebie nie wierzył, ale nie wiedział, że chłopak ma aż tak niskie mniemanie o sobie.
- Ale to nie był ostatni twój trening. – zapadła między nimi cisza – Gratuluję, chłopie! Dostałeś się do drużyny! – Rogacz wyszczerzył się do chłopaka i poklepał po plecach. – Hej! Ludzie! Mamy nowego ścigającego! – krzyknął do pozostałych i uniósł prawą rękę Longbottoma w górę. Na trybunach rozległy się oklaski obecnych, a drużyna podbiegła do Gryfona. Wzięli go na ręce niosąc i podrzucając. Chłopak nie mógł uwierzyć w to, co się działo. Pierwszy raz odczuwał tak głęboką radość i satysfakcję. Dostał się! Dał radę! Czuł, że teraz wiele się zmieni w jego życiu. Nareszcie miał przekonanie, że jest w czymś dobry.

*

             Rudowłosa siedziała skulona na swoim łóżku. Kolana miała podciągnięte pod samą brodę i oparta tak, myślała, co ma zrobić z dzisiejszym wieczorem. Pierwszy raz w tym roku szkolnym miało odbyć się spotkanie Klubu Ślimaka. Slughorn pozwalał zawsze na zabranie osoby towarzyszącej. Mimo, że Severus także należał do ulubieńców starego nauczyciela eliksirów, to zawsze chodzili tam razem bez towarzyszy. Byli przyjaciółmi i nie potrzebowali nikogo poza sobą. Niestety ten czas minął. Na chwilę łzy napłynęły do oczu dziewczyny, jednak od razu je starła i przywołała się do porządku. Obiecała sobie, że już nigdy nie będzie płakała za Snapem. Nie bez przyczyny ich przyjaźń uległa rozpadowi. Bała się go dzisiaj zobaczyć. Myślała o tym, żeby po prostu nie pójść, ale były to urodziny nauczyciela, nie mogła więc tak po prostu nie przyjść. Wiedziała, że poważnie nadwyrężyłaby tym swoje przywileje u niego. A na to nie mogła sobie pozwolić. W końcu była jego ulubienicą pośród Gryfonów. Z tego, co się orientowała miał iść jeszcze Remus, ale on zapraszał Anne, jako swoją przyjaciółkę, więc i ona powinna kogoś zaprosić, ale nie miała najmniejszego pomysłu, kogo mogłaby zabrać i z kim czułaby się dobrze. Nagle ją olśniło. Jak strzała wybiegła z pokoju i pognała do Pokoju Wspólnego. Rozejrzała się uważnie, ale nie znalazła tu osoby, której szukała.
- Lily? – usłyszała głos Dorcas, która spoglądała na nią podejrzliwie, siedząc na zapadłym fotelu – Kogo tak szukasz?
Ta jednak nie odpowiedziała i weszła po schodach do wieży chłopaków. Po pokonaniu kilkunastu schodów, znalazła się pod drzwiami znienawidzonej do niedawna czwórki Gryfonów. Zapukała pewnie i nie czekając na jakiekolwiek zaproszenie, otworzyła drzwi. Zastała Syriusza i Remusa rozmawiających o czymś, i śmiejących się co chwilę. Jednak natychmiast ucichli, kiedy zauważyli w swoim królestwie pannę Evans. Black uniósł brwi w odruchu zdziwienia, ale nic nie powiedział.
- W czym możemy ci służyć, Lily? – spytał uprzejmie Remus. Jednak Gryfonka nie zdążyła odpowiedzieć.
- Czy ja usłyszałem imię mojej wiewióreczki? – głos Jamesa dochodził od strony łazienki, z której prawie od razu wypadł z niej w samych bokserkach i koszulce.
Dziewczyna jak tylko zobaczyła chłopaka w takim stroju odwróciła się zawstydzona i wybiegła z pokoju. Czuła gorąco buchające w okolicy twarzy. Nie wiedziała, czemu tak zareagowała. Przecież nie raz widziała chłopaków w samych koszulkach. Często tak paradowali przy jeziorze, kiedy zbliżało się lato. Jamesa też widziała nawet w samej bieliźnie. Nie wiedziała dlaczego teraz tak zareagowała, ale uznała, że to prawidłowa reakcja i dobrze, że stamtąd wyszła. Przystanęła na samym dole, aby się uspokoić. Nie chciała, żeby któraś przyjaciółka zobaczyła ją taką zarumienioną. Usłyszała jednak kroki dochodzące z góry. Miała wrażenie, że wie kto to idzie. Znała ten lekki i rytmiczny krok. Odwróciła się przodem do ściany. Odetchnęła głębiej kilka razy i zaczęła spokojnie schodzić dalej w dół. Wiedziała jednak, że chłopak ją dogoni, zresztą wciąż miała do niego prośbę.
- Lily!
Dziewczyna zatrzymała się i odwróciła w jego stronę, mając nadzieję, że jej skóra przybrała już naturalny odcień.
- Na szczęście cię dogoniłem. Przepraszam, że… Nie wiedziałem, że tak zareagujesz. – podrapał się z zażenowaniem po głowie. Zawsze tak robił, kiedy przed nią stawał.
- Nic się nie stało, James. – odpowiedziała i wbiła wzrok w podłogę.
- To… O co chodziło? Czemu do nas przyszłaś?
- A właśnie! Mam do ciebie prośbę.

*

               Dan szedł w stronę Wielkiej Sali, pogwizdując tylko sobie znaną melodię. Dawno już nie miał tak dobrego humoru. Puchon umówił się tam z dziewczyną, o którą w sumie od niedawna zabiegał. Wiedział, że nie może od razu przejść do szczegółów, ale chciał najpierw zdobyć jej przyjaźń. Wiedział, że budując związek tylko na emocjach, daleko nie zajdą. Zresztą nie wiedział, czy w ogóle coś więcej między nimi się wydarzy. Zależało mu na niej, ale nie chciał też jej do niczego przymuszać. Wiedział, że Dorcas szczerze kochała Syriusza i nie gardził nią za to. Nie przepadał za Gryfonem, ale był świadomy, że miał w sobie coś, za co był kochany. Nie zamierzał być taki jak on, by zdobyć serce dziewczyny. Będzie sobą i miał ogromną nadzieję, że to wystarczy, by ona go pokochała. Jeśli tak się nie stanie, to widocznie nie są dla siebie stworzeni. Postanowił więc, że nie będzie się przejmował i będzie robił to, co podpowiada mu rozum oraz serce. Przystanął przy drzwiach głównych i czekał na Gryfonkę. Co chwilę spoglądał na schody, ale nie pojawiała się. Miała jeszcze czas, ale coraz bardziej miał wrażenie, że dziewczyna go po prostu wystawiła. Siląc się na opanowanie, zaczął nucić coś pod nosem i starał się nie spoglądać w żadnym kierunku, więc patrzył po prostu w podłogę przed siebie.
- Co tam nucisz?
Dorcas pojawiła się przed nim tak nagle i bezszelestnie, że odskoczył od niej przestraszony. Jednak widząc jej zszokowaną minę, zaczął się śmiać z samego siebie. Jak się tylko uspokoił, przytulił dziewczynę na powitanie, co ta przyjęła nieco sztywno, ale nie odsunęła go od siebie. Chciał robić wszystko powoli, ale uważał, że na pewne rzeczy jako kolega, może sobie pozwolić.
- Przejdziemy się? – spytał, chciał mieć na wszystko jej zgodę. Ta kiwnęła ochoczo głową, więc wyszli z zamku i ruszyli przed siebie. Spacerowali po błoniach, obserwowali pomarszczone jezioro, a także rzucali się opadłymi liśćmi. Meadowes wiedziała już, że czuje się przy nim dobrze. Jakimś cudem po tych wszystkich nieprzyjemność, udało im się zaprzyjaźnić. Trochę ciężko było jej w to uwierzyć, ale naprawdę zaczynała go lubić. Może nie mieli ze sobą za wiele wspólnego, ale potrafili rozmawiać ze sobą i interesować się drugą osobą. Wszelkie insynuacje ze strony chłopaka, Dorcas po prostu zbywała. Nie chciała od niego niczego więcej, ponieważ wiedziała, że na razie sama nie będzie w stanie dać mu więcej niż przyjaźń. Chcąc nie chcąc wciąż czuła coś do Syriusza. Po wspólnym i bardzo udanym popołudniu, Dorcas stwierdziła, że czas pojawić się w dormitorium, bo w sumie nie powiedziała dziewczynom, dokąd idzie, a one ostatnio nieustannie się o nią martwiły. Chłopak uparł się, że odprowadzi dziewczynę pod sam portret wieży Gryfonów. Meadowes nie miała w sumie nic przeciwko. Tylko trochę się bała, że mogą się natknąć na Łapę, a nie chciała na razie, żeby Black widział ją z inny chłopakiem, chociaż logicznie myśląc, nie miał prawa się tym interesować.
- Dziękuję za spacer – powiedziała Dorcas – Naprawdę dobrze się bawiłam.
- Cała przyjemność po mojej stronie – odparł chłopak po czym nachylił się i ucałował dziewczynę w policzek. Ta zarumieniła się lekko i odwróciła głowę. Nie spodziewała się, że to wszystko tak szybko będzie się toczyć, a nie wiedział jak mu powiedzieć, by nie robił sobie nadziei. Dan uśmiechnął się delikatnie i odgarnął kosmyk ciemnych włosów za ucho. Spoglądał to raz na oczy a raz na usta dziewczyny. Nie wiedział, na ile może sobie pozwolić, by nie skrępować Gryfonki. Jednak wiedział, że jeśli nie zaryzykuje, to się nie dowie. Ostatecznie nie dane mu było zasmakować ust dziewczyny, ponieważ właśnie rozsunął się portret Grubej Damy, a z wejścia wyszedł ciemnowłosy chłopak. Rozejrzał się po korytarzu, a jego wzrok padł na stojącą parę. Od razu rozpoznał Dorcas. Wszędzie by dostrzegł te iskrzące oczy. Potem spojrzał na chłopaka, który jej towarzyszył i aż się w nim zagotowało. Poszedł w kierunku Puchona i swojej byłej dziewczyny. Zatrzymał się kilka kroków przed nimi, spoglądając wyzywająco na McAlistera.
- Szybko się pocieszyłaś – rzucił w stronę dziewczyny i wrócił do wieży, pozostawiając Meadowes z wyrzutami sumienia.

*

           Drzwi od pokoju Huncwotów otworzyły się z hukiem.
- Nie wierzę, że ona to robi!
Pozostała trójka spojrzała najpierw na niego, potem na siebie. Żaden nie wiedział, o co mu nagle chodzi.
- Łapciu, uspokój się i powiedz co cię gryzie – zaczął spokojnie James, starając się użyć żartobliwego tonu, ale Black nie był w humorze do żartów.
- Potter, daruj sobie!
- Chłopie, nie wiem co cię gryzie, ale nie wyżywaj się na mnie. Ja ci nic nie zrobiłem – bronił się urażony Rogacz. Zawsze tak było. Jeśli coś nie szło po syriuszowej myśli, to właśnie oni obrywali.
- Przepraszam – rzekł skruszony i usiadł na kanapie – Po prostu… Dacie wiarę, że po tak krótkim czasie ona spotyka się z tym kretynem?
Chłopacy spojrzeli po sobie, próbując przekazać sobie mentalnie o kogo może chodzi ich przyjacielowi.
- Chodzi o tego prefekta? – spytał Lunatyk. Zaryzykował, chodź nie był pewien, że chodzi o niego.
- A kogo innego? – przeklął pod nosem – A ona mu uległa.
W dormitorium zapadła cisza, którą przerwał ledwie słyszalny szept: „W sumie nic dziwnego”. Black podniósł się z łóżka i rozejrzał po Gryfonach.
- Który to powiedział?!
Poczuł się zrozpaczony. Jak którykolwiek z jego przyjaciół mógł powiedzieć coś takiego? James też to słyszał. Siedział zbyt blisko Petera, żeby nie być pewnym, że to on. Patrzył na niego teraz zszokowany.
- Co masz na myśli, Glizdek? – spytał go Potter, mrużąc oczy. Ten automatycznie skulił się. Nie chciał, żeby to usłyszeli. Myślał, że powie to wystarczająco cicho. Nie wiedział w sumie, dlaczego to wyszło z jego ust. Co go podkusiło, żeby zwrócić na siebie uwagę wszystkich. Ciągle myślał o tym, co powiedziała mu Kate. Nie potrafił o tym zapomnieć. Nie wiedział już komu ma ufać. Kochał Marywale, a oni byli jego przyjaciółmi. Wiedział, że musi jakoś dowiedzieć się prawdy, ale nie chciał tego rozwiązywać w ten sposób. Nie mógł teraz milczeć. Musiał coś powiedzieć.
- Sam doprowadzasz do tego, że ludzie przestają ci ufać. Zresztą nie tylko ty! – wyrzucił z siebie z prędkością karabinu. Chłopacy spojrzeli na niego zdziwieni. Co ma piernik do wiatraka? – myśleli wszyscy. Nie mieli pojęcia, o co chodzi chłopakowi, ale nie mogli tego tak zostawić. Właśnie zarzucił im, że w jakiś sposób są z nim nieszczerzy.
- Okej, Glizdek – zareagował Potter. Stanął na rozstawionych nogach i skrzyżował ręce na piersi niczym jakiś gangster – O co chodzi? Wal, nie krępuj się.
Pettigrew spojrzał na niego niepewnie. Wiedział już, że James jest wściekły. Jego postawa nie wróżyła niczego dobrego. Ale chwila. Czego on się boi? To oni zawinili.
- Niech będzie! – powiedział odważnie. Podszedł bliżej Gryfonów, a jego policzki przybrały czerwoną barwę ze zdenerwowania. – Słyszałem o tym, jak się ze mnie naśmiewacie po kątach. Nie traktujecie mnie jak przyjaciela. Po prostu mnie wykorzystujecie! Ciągle mnie okłamywaliście, że jestem dla was huncwockim bratem, a to wszystko było kłamstwo. Musieliście mieć niezły ubaw, że uwierzyłem w całą tą bajeczkę, co nie? Tyle czasu zmarnowałem na fałszywą przyjaźń!
W dormitorium zapadła cisza zakłócana przez szmer przyspieszonych oddechów. Pozostała trójka nie miała pojęcia, o co chodzi. Nie wiedzieli, skąd wziął takie informacje, ale zabolało ich to, że uwierzył w to całe kłamstwo.
- Powiedz nam, chłopie, skąd dotarły do ciebie takie ploteczki? – spytał szyderczo Syriusz, czym zasłużył sobie na karcące spojrzenie Lupina. Remus nie chciał dawać więcej powodów do wątpliwości ich małemu przyjacielowi. Nie zawsze byli wobec niego fair i Glizdogon mógł poczuć się odepchnięty, ale nie myślał, że zinterpretuje to w taki sposób.
- Nieważne od kogo to wiem, ale przynajmniej tamtej osobie mogę zaufać!
- Peter… Czy to była Kate? – spytał delikatnie Lunatyk, podchodząc do przyjaciela. Ten się cofnął i zaczął kręcić przecząco głową. Po tej reakcji wiedzieli już, że to była ona. Nie wiedzieli, dlaczego nagadała mu takich farmazonów, ale nie mogli pozwolić, by poróżniła ich dziewczyna.
- Glizdek, posłuchaj nas teraz uważnie – zaczął James, siląc się na spokojny ton. – Nigdy nie traktowaliśmy cię jak pośmiewisko. Jesteś naszym przyjacielem! Nie moglibyśmy traktować cię jak zabawki. Czy daliśmy ci kiedyś powód, byś przestał nam ufać? Dlaczego nagle jej słowa są bardziej wiarygodne od naszych? Poza tym – parsknął – nie ma na to żadnych dowodów.
- Nie muszę mieć dowodów! Ufam jej i wiem, że nie powiedziałaby mi tego, jeśli nie byłaby pewna. – oczy chłopaka zaczęły się robić niebezpiecznie świecące. Wiedział, że jeśli teraz nie wyjdzie, to popłacze się przy nich jak małe dziecko, a na to nie mógł sobie pozwolić – Poza tym nie raz, nie dwa naśmiewaliście się ze mnie!
I z tym zdaniem pozostawił osłupiałych chłopaków. Nie wiedzieli, co mają teraz zrobić. Nie myśleli, że w sercu Petera ktoś może zasiać takie wątpliwości. To prawda, że powinni być wobec niego czasami nieco milsi, ale i tak był ich przyjacielem i kochali go jak brata. Żaden nie miał ochoty na rozmowę. Spojrzeli tylko na siebie smutno i kiwali głowami z niedowierzaniem. Ostatecznie każdy z nich zaszył się w swoim kącie i pogrążył w rozmyślaniach, co zrobić, by ukazać Glizdogonowi prawdę i zdemaskować w jakiś sposób Kate, która wyraźnie starała się im zaszkodzić.

*

           Różnokolorowe ubrania leżały porozrzucane na podłodze. W dormitorium dziewcząt z piątego roku panował prawdziwy chaos, który mógłby doskonale reprezentować początkowy stan świata według mitologii. Żadna nie wiedziała już, które ubrania są czyje. Przerażała je wizja tego, że będą musiały potem to wszystko uprzątnąć i przywrócić do stanu godnego obowiązkowych i schludnych uczennic. Lily nie tylko powyrzucała z szafy swoje ciuchy, ale pozaglądała także do garderób swoich przyjaciółek, oczywiście za ich pozwoleniem.  Jednak nie wiedziały, że to szperanie przyjmie aż taki rozmiar. A to wszystko tylko dlatego, że dzisiaj miało odbyć się spotkanie u Ślimaka, a rudowłosa szła tam z chłopakiem, którego tożsamości nie chciała zdradzić.
- Lily Evans! – krzyknęła zniecierpliwiona Anne – Przestań przekładać te ubrania i usiądź spokojnie na tyłku!
Dziewczyny miały już dosyć jej ciągłego marudzenia, że nic na niej nie leży jak powinno, że nie ma co ubrać. Cieszyły się ogromnie, że Marywale spędzała tak mało czasu w pokoju. Ominęła je przynajmniej wojna z jej strony chyba, że nie zdążą posprzątać, zanim blondynka wróci do dormitorium.
- Powiedz nam, jak masz zamiar wyglądać? – zaczęła spokojnie Dorcas.
Evans spojrzała na nią jak na idiotkę, która nie wie nic o życiu. Jak mogła zadać jej tak głupie pytanie.
- To chyba oczywiste, że ładnie – jęknęła dziewczyna tracąc cierpliwość.
- Niesamowite, tego bym się nie domyśliła – ironizowała Meadowes, starając się zapanować nad wybuchem. Czasem jej przyjaciółka bywała naprawdę nieznośna.
- Elegancko, wygodnie, praktycznie, zniewalająco, pociągająco, kobieco, normalnie? – zaczęła wymieniać Loran – Wybierz z tego dwa.
Ulubienica Slughorna musiała się zastanowić. Nie chciała by jej partner myślał, że wystroiła się dla niego. Ale na pewno musi być elegancko. W końcu to impreza urodzinowa. Dobrze też, żeby było jej wygodnie, a zarazem, żeby podkreślić jej atuty.
- Elegancko, wygodnie i kobieco. – oświadczyła dziewczyna.
- Miały być dwa – uśmiechnęła się promiennie brunetka i zaczęła się śmiać. Dziewczyny zabrały się do roboty. Odrzuciły wszystkie spodnie, bluzki z długim rękawem i inne typowo szkolne ubrania. Na podłodze pozostały spódniczki, sukienki, te ładniejsze bluzki i sweterki. Podobierały kilka kompletów i kazały przyjaciółce je przymierzać. Ciągle spotykały się z jakimś sprzeciwem. Zawsze znalazło się coś, co nie pasowało. Wszystkie usiadły zrezygnowane, kiedy Anne wpadła nagle na genialny pomysł.
- Ubierz to! – krzyknęła i pokazała Rudej swoją ostatnio kupioną sukienkę, której jeszcze nie zdążyła powiesić do szafy. Lily niezbyt chętnie, ale poszła do łazienki, aby po raz kolejny ubrać coś, w czym pewnie będzie wyglądać bardzo przeciętnie. Kiedy spojrzała w lustro nie mogła przestać się dziwić. Nie mogła uwierzyć, że w tak prostej sukience wygląda tak dobrze. Miała fioletową górę z okrągłym, niedużym dekoltem i krótkim rękawem, a dół był koloru czarnego i skrojony w ołówkową spódnicę. Sukienka doskonale podkreślała jej kształty. Teraz widziała, że ma biodra i talię. Czuła się przez to nieco skrępowana. Wiedziała już, jak zareaguje jej towarzysz na ten strój.
- Wyłaź z tej łazienki – krzyknęła Dorcas, łomocząc w drzwi – Ile można się przebierać?
Rudowłosa, ku uciesze przyjaciółek, nie pozwoliła im dłużej czekać i wyszła pewnym krokiem z „przymierzalni”. Dziewczyny pokiwały z uznaniem głową i zgodnie stwierdziły, że to jest to. Teraz pozostawała tylko kwestia fryzury i makijażu. Akurat ta kwestia została rozwiązana bardzo szybko, ponieważ główna zainteresowana już dzień wcześniej przećwiczyła obie te rzeczy. Uznała, że najlepiej będzie wyglądać w dobieranym warkoczu zakończonym na wysokości ucha, a resztę włosów pozostawiła, aby lekko opadały na plecy. Jeśli chodzi o makijaż, to postawiła na delikatne barwy kolorów ziemi. Po pół godzinie była gotowa do wyjścia.
- Lilka – zaczęła Dorcas – Powiesz nam wreszcie kim jest twój tajemniczy partner?
- Nie ma mowy! – odparowała wesoło. Wiedziała, jakie posypałyby się pytania, gdyby zdradziła im jego tożsamość.
- Jesteś świadoma, że i tak się dowiemy? – powiedziała Anne, ruszając brwiami w zabawny sposób.
- Wiem, ale wolę, żebyście same się postarały – roześmiała się i wytknęła przyjaciółkom język, po czym wybiegła z pokoju. Za pomocą różdżki zabezpieczyła drzwi tak, że można było je otworzyć tylko od zewnątrz. Wiedziała, że jak zjawi się Kate, to je uwolni. Jeśli nie, to będą musiały jakoś przetrwać. Nagle jej dobry humor wyparował. Bała się trochę tego, co będzie. Nie przemyślała dobrze tego wyjścia. Chciała po prostu zrobić na złość Severusowi. Ale przecież chodziło tu o jej dobrą zabawę, a nie była pewna, że z tym osobnikiem spędzi przyjemnie czas. Pełna wątpliwości i złych wizji zeszła do Pokoju Wspólnego, gdzie miał czekać na nią jej partner. Od razu go zauważyła. Miał ubraną niebieską koszulę i czarne jeansowe spodnie. Na wierzch nałożył czarną marynarkę od garnituru. Musiała przyznać, że zamurowało ją na jego widok. Nie spodziewała się, że ubierze się należycie do okazji. Zeszła powolnym krokiem, starając się nie potknąć o pozwijany dywan. Wiedziała, że chłopak teraz uważnie na nią patrzy i rejestruje każdy jej ruch.
- Lily – zaczął James, ale na chwilę się zaciął. Miał wrażenie, że to, co powie, będzie zbyt banalne. Musiał przyznać, że wyglądała wyjątkowo olśniewająco.
- Tak? – spytała dziewczyna, wyrywając go z zachwytu.
- Wyglądasz… Niesamowicie.
Evans spłonęła delikatnym rumieńcem, ale od razu wzięła się w garść.
- To idziemy, czy będziemy tak tu stać?
Kiedy Rogacz usłyszał zgryźliwy ton ukochanej, od razu otrząsnął się z zachwytu.
- Oczywiście, ale najpierw… Mam coś dla ciebie. – mówiąc to zdanie, wyczarował długą, białą różę. Dziewczyna zaniemówiła. Nie spodziewała się tego po okularniku. Zawsze dziwiła się wszystkim dziewczynom, które marzyły o tym, żeby dostać od chłopaka kwiaty. Teraz już rozumiała dlaczego. Było to po prostu miłe i pozwalało poczuć się naprawdę pięknym. Z wdzięcznością przyjęła różę i wyczarowała dla niej wazon z wodą. Nie chciała wracać do dormitorium, więc zostawiła go na razie w Pokoju Wspólnym. James podał jej ramię, a ona nieco nieśmiało wsparła się na nim. Czuła się dziwnie, będąc tak blisko swojego niedawnego wroga. Była świadoma tego, że go lubi, ale wciąż nie przywykła do myśli, że da się z tym chłopakiem stworzyć normalną, zdrową więź. Wyszli razem przez dziurę w portrecie, odprowadzani przez baczny wzrok obserwujących Gryfonów. Panowała między nimi niezręczna cisza, która przerywana była przez stukające obcasy Evans. Ruda spuściła głowę i spoglądała przez chwilę na podłogę. Nie wiedziała o czym ma z nim rozmawiać. Normalnie to nigdy im się usta nie zamykały. Nie rozumiała, dlaczego teraz jest jakoś inaczej.
- Dziękuję za zaproszenie, Lilka. – odezwał się cicho Potter, ujmując jej dłoń. Ta szybko i energicznie wyrwała mu się, i odsunęła kawałek.
- Nie ma za co, ale bez takich, James. – powiedziała oschle, ale uśmiechała się. Potter wiedział, że nie miała mu tego za złe. Inaczej nie szedłby z nią na spotkanie. Przecież Evans zaprosiła właśnie jego, czyli uważała go aktualnie za najodpowiedniejszego faceta. Nie ukrywał, że sprawia mu to przyjemność, ale wolał nie narażać ich przyjaźni. Doszli do schodów, które prowadziły do lochów i zeszli ostrożnie ciemnym, krętym korytarzem. Dalej podążali prosto, gdzie jedynym oświetleniem były płonące pochodnie. Im bardziej szli w głąb, tym głośniej rozbrzmiewała delikatna muzyka i rozmowy ludzi. Spojrzeli po sobie, uśmiechnęli się, a Lily wyjęła z torebki schludnie zapakowany prezent. Po kilku krokach stanęli u wejścia okrągłej sali. Pod ścianami stały stoły z najróżniejszymi potrawami, a po pomieszczeniu pomykali kelnerzy z lampkami wina czy kremowego piwa. Evans rozejrzała się w poszukiwaniu jubilata i po chwili zauważyła go siedzącego z profesorem Dumbledorem. Kiedy nauczyciel spojrzał na nią, skinęła w jego kierunku głową. Za chwilę mężczyzna podszedł do niej czerwony na całej twarzy.
- Lily, droga! Przyszłaś! I to w dodatku w towarzystwie takiego dżentelmena! – krzyknął i zaczął się śmiać głębokim głosem. Kiedy już się uspokoił, a Lily nadepnęła Potterowi na stopę, aby ten przestał się chichrać, wręczyła nauczycielowi prezent i poprosiła, by od razu rozpakował. W środku był zestaw wielofunkcyjnego alchemika, który zawierał zarówno sprzęt jak i najpotrzebniejsze substancje. Mistrz eliksirów rozradowany poklepał dziewczynę po ramieniu, podziękował i zaprosił do zabawy. Evans uśmiechnęła się serdecznie i odwróciła się w kierunku towarzysza, który dotychczas tylko stał, i  się przyglądał.
- O co ci chodzi? – spytała okularnika, widząc, że ten usilnie powstrzymuje się od śmiechu.
- Ależ o nic, kochaniutka – kiedy to powiedział, Gryfonka zgromiła go wzrokiem – Po prostu byłaś taka usłuchana i uprzejma, że aż cię nie można było poznać.
- Że co? – dociekała coraz bardziej zirytowana.
- Po prostu nigdy nie jesteś taka pokorna. – Potter parsknął śmiechem. Dla niego to był bezcenny widok, kiedy Lily taka łagodna, wręcz kłaniała się nauczycielowi.
- Jeszcze jedno słowo, Potter, a wyjdziesz stąd szybciej niż wszedłeś. – pogroziła mu dziewczyna. Nie mogła pozwolić, by chłopak za dużo sobie wobec niej pozwalał.
- Już nic nie mówię! - Powiedział urażony. Nigdy nie mógł wyczuć, ile może powiedzieć, a kiedy powinien zamilknąć. Wiele zależało od aktualnej sytuacji i nastroju dziewczyny. A to czasami trudno było odgadnąć. Stali tak w ciszy, skrępowani aktualną sytuacją. W końcu Lily szturchnęła chłopaka i wskazała głową na parkiet. Spojrzała na niego pytająco. Ten od razu odrzucając urazy, ujął jej dłoń i poprowadził w kierunku tańczących par. Stanęli naprzeciwko siebie a z magicznych głośników leciał właśnie niezbyt wolny, ale też nie za szybki utwór. Potter objął ukochaną w talii, na co ta lekko zadrżała i ujął jej prawą dłoń. Przyciągnął ją bliżej siebie. Lily momentalnie zesztywniała. Nie chciała być tak blisko Jamesa. Odsunęła się lekko. Był dla niej tylko kolegą. Musiała zachować między nimi dystans. Rogacz uśmiechnął się zawadiacko, ale już nic więcej nie próbował. Cieszył się muzyką, dotykiem skóry Evans i delikatnym zapachem jej fiołkowych perfum. Lily czuła się trochę jakby była czymś otumaniona. Miała wrażenie jakby wszystko delikatnie spowolniło, a  dźwięki muzyki ucichły. Zerkała z ukosa na twarz chłopaka, który wyłapywał każde jej spojrzenie. Była wręcz pewna, że dostrzega w jego oczach ogromną radość. Nie wiedziała tylko czy to przez nią, czy po prostu jest to u niego normalne. Rzadko widziała go przygnębionego. Zawsze był przedstawicielem roześmianych psotników, którzy nie pokazywali swoich słabości. Kątem oka spostrzegła, że profesor Dumbledore wstaje z kanapy i uśmiecha się do niej. Dziewczyna lekko odwzajemniła gest i od razu wróciła myślami do tańca. Po kilku sekundach zatrzymali się. Gryfonka podniosła głowę i zauważyła stojącego przy nich dyrektora. Nie zauważyła nawet, jak do nich podchodził. Mężczyzna powiedział coś cicho Jamesowi, na co ten skinął głową i odpowiedział coś, czego nie dosłyszała. Dumbledore odszedł, a James spojrzał przepraszająco na nią.
- Wybacz mi, Lily, ale muszę iść – powiedział, wciąż trzymając jej dłoń.
- Coś się stało? – spytała przygaszona. Przecież dopiero co tu przyszli, a on chciał ją zostawić na cały wieczór samą.
- Dyrektor kazał mi pilnie pójść z nim. Nie powiedział mi, o co chodzi.
- Może pójdę z tobą?
- Nie… - pokręcił głową – Kazał mi być samemu. Zobaczymy się później.
Potter uścisnął dłoń rudowłosej i poszedł w kierunku wyjścia.
James szedł w milczeniu za profesorem. Nie pytał o nic. Wiedział, że w swoim czasie wszystkiego się dowie. Po kilkunastu zakrętach i jeszcze większej ilości schodów znaleźli się wreszcie w gabinecie dyrektora. Rogacz nigdy nie mógł się nadziwić temu pomieszczeniu. Zawierało w sobie chyba całą kwintesencję magii. Kiedy zwrócił się w kierunku biurka, zauważył osobę, której akurat najmniej się tutaj spodziewał. Stała tam kobieta w średnim wieku, lekko przygarbiona i z podpuchniętymi oczami.
- Mamo? – spytał niepewnie – Co ty tu robisz?

29 listopada 2015

XXVII. Niepewność cz. I

Witamy Was serdecznie!

Przychodzimy do Was nareszcie z następnym rozdziałem. Przepraszamy za to tygodniowe opóźnienie, ale po prostu... No nie udało nam się zmieścić w terminie :)
Zapewne widzicie, że mamy już zimowy rozdział, mimo że do świąt jeszcze trochę rozdział, ale po prostu znudził nam się ten poprzedni :D
Musimy przyznać, że rozdział po raz pierwszy wyszedł nam zdecydowanie za długi i byłyśmy zmuszone podzielić go na dwie części.
Teraz bez zbędnego dalszego gadania zapraszamy Was do czytania i komentowania.
Enjoy! ~ Rogacz i Łapa



*

            James spoglądał smutno na panią Prefekt jak ta odchodzi z jego przyjacielem, Peterem. Nie mógł uwierzyć, że McGonagall to zrobiła. Wiedział, że to było celowe. Szkoda tylko, że nie dotarła do niej wieść, iż od ponad dziesięciu dni, nie wystąpiła między nimi żadna kłótnia! Evans czuła, że ktoś na nią patrzy. Obejrzała się za siebie i dostrzegła natarczywy wzrok Pottera. Nie bardzo wiedziała, o co mu chodzi, ale uśmiechnęła się do niego i puściła mu oczko. Musiała się powstrzymać, żeby się głośno nie roześmiać na widok miny zszokowanego okularnika. Ciągle dziwiła ją ta nowa sytuacja między nimi, jej również ciężko było uwierzyć, że tyle mogło się zmienić. Co więcej, ona chyba naprawdę zaczynała go lubić. Spojrzała jeszcze raz na chłopaka, ale jego wzrok skierował się już w stronę Syriusza i Daniela. Zauważyła ledwie dostrzegalną obawę w jego oczach, ale wiedziała, że martwi się o przyjaciela. Ruda miała tylko nadzieję, że Black okaże nieco rozsądku i tak samo musiała zaufać stoickiemu temperamentowi McAlistera. W końcu Minerwa zarządziła, aby każdy odszedł ze swoim opiekunem. Huncwoci życzyli sobie powodzenia i poszli poddać się karze.
          Prefekt naczelny szedł w milczeniu z Gryfonem, który podążał kilka kroków za nim. Długowłosy nie mógł uwierzyć, że to akurat on miał go pilnować podczas szlabanu, na który de facto nie zasłużył. Nie wiedział tylko czy to zbieg okoliczności czy do McGonagal dotarły pogłoski na temat ich zatarć. Już teraz w sumie nie mieli powodów go kłótni. Dorcas uwolniła się od Syriusza, a on dalej nie mógł w to uwierzyć. Czasem zdawało mu się, że ta spogląda na niego z tęsknotą i miał wrażenie, że ta sprzeczka rozdzieliła ich tylko na moment i za chwilę wszystko wróci do normy. Znów będzie mógł ją trzymać w ramionach i patrzeć na nią do woli, bez skrępowania. Jednak to było tylko jego marzenie. Ostatnio wpadł na nią, gdzie pierwszy raz od zerwania znaleźli się ze sobą sam na sam. Miał niepowtarzalną okazję ją pocałować i widział, że Meadowes się nie opierała. Ale nie potrafił tego zrobić. Dziewczyna podjęła decyzję, a on w żaden sposób nie chciał jej mamić. To był jej wybór. Wciąż go to bolało, ale za bardzo ją kochał, by tego nie uszanować. A teraz szedł z tym nadętym Puchonem, który częściowo przyczynił się do ich rozstania. Dziwił się sam sobie, że jeszcze się na niego nie rzucił i w żaden sposób nie uszkodził. Chyba po prostu był zbyt załamany, by mścić się na nim. Chciał tylko odbębnić karę i wrócić do swojego pokoju, gdzie dzięki chłopakom będzie mógł zapomnieć o ukochanej. Po krętej wędrówce korytarzami Hogwartu weszli wreszcie do okrągłej sali. Mieściła ona kilka rzędów regałów z magicznie zmniejszonymi szufladami. Black zastanawiał się co on ma tu robić. Nie było ani brudno, ani nie widział żadnych trofeów, które wymagają czyszczenia, ani tym bardziej kibli.
- I co ja mam tu niby robić? – warknął długowłosy.
- Będziesz porządkował akta. – oznajmił prefekt – Zostały tu niedawno przeniesione z innego pomieszczenia, więc są jeszcze nie do końca poukładane. Zacznij od lewego regału. – rozkazał. Syriusz ruszył we wskazanym kierunku, kiedy powstrzymało go ramię starszego ucznia.
- A różdżka, Black? – spytał i spojrzał wyczekująco. Gryfon, zirytowany, wyjął szybko przedmiot i podał McAllisterowi. – Owocnego segregowania. Puchon uśmiechnął się triumfująco, a sam wyciągnął książkę, rozsiadł się w fotelu i zagłębił w lekturze. Przez chwilę Syriusz stał i po prostu starał się zapanować nad narastającym gniewem. Miał jednak wrażenie, że to nie wszystko. Wiedział, że coś się jeszcze wydarzy między nim a szanownym prefektem naczelnym. Postanowił jednak, że nie da po sobie poznać, jak bardzo denerwuje go sama obecność tego kretyna i poszedł segregować kartoteki. Tak jak się spodziewał, było to koszmarnie nużące i dość skomplikowane zajęcie. Nie dość, że wszystko musiało być ułożone alfabetycznie, to w dodatku większość kartek latała luzem i było trzeba je wszystkie przydzielić do odpowiedniej osoby. Nie wiedział, ile tam już siedział, ale zaczął chyba przysypiać nad jedną z Krukonek z trzeciego roku, kiedy usłyszał głośne trzaśnięcie. Rozbudzony rozejrzał się gwałtowanie wokół, chcąc zorientować się, co to było.
- Czy ja pozwoliłem ci ucinać sobie drzemki, Black? – szyderczy głos Daniela potoczył się po sali. Długowłosy chłopak zdusił przekleństwo, kiedy zdał sobie sprawę, że wciąż tu siedzi z tym idiotą. – Z tego co widzę, to masz tu jeszcze całkiem sporo do roboty, a ja chcę iść spać, więc ruszaj się.
- Jeszcze raz odezwij się do mnie tym tonem, a zobaczysz, z kim masz do czynienia. – Syriusz poderwał się z podłogi, a dłonie zacisnął w pięści. Blondyn zaśmiał się z tej groźby.
- I co ty mi możesz zrobić, Black? Poskarżysz się swojemu bratu, który poleci do Voldemorta, czy jak mu tam? – zaczął się naigrywać zielonooki – Czy może polecisz po swojego kochasia, Pottera? I tak przegrasz. Zawsze przegrywasz.
- Nie potrzebuję nikogo, by sprać cię na kwaśne jabłko… jeśli jesteś tak odważny, by stanąć przede mną bez różdżki. I uwierz mi, nigdy z tobą nie przegram. – Łapa pewny siebie stanął naprzeciw swojego wroga i patrzał mu śmiało w oczy. Wreszcie miał szansę wyładować swoją nienawiść.
- Nigdy? – Puchon znowu roześmiał się szyderczo, co tylko działało napędzająco na Gryfona. – Już przegrałeś! Gdzie masz swoją Dorcas? Zostawiła cię.
- To akurat nie jest twoja sprawa! I nie zostawiła mnie dla ciebie! – krew zawrzała w żyłach ciemnookiego. Nienawidził, kiedy ktoś trafiał w jego czuły punkt, a już na pewno nie pozwoli na to komuś takiemu jak on.
- Nie? A skąd ta pewność? To nie ja robiłem jej sceny zazdrości i jakoś to ze mną spędzała ostatnio czas.
Syriusz zbladł, ale trwało to tylko chwilę. Ból, jaki rozdarł jego serce, sprawił, że gniew napłynął ze zdwojoną siłą. Nie mógł pozwolić, by ktoś wykorzystywał jego słabość. Nawet jeśli Dorcas faktycznie wolała tego Puchona, to on przynajmniej kochał ją szczerze i wiedział, że ona to odwzajemniała. To jego wina, że między nimi wszystko skończone, był tego świadomy. Gdyby się tylko bardziej postarał, porozmawiał z nią, zatrzymał wtedy, kiedy powiedziała mu, że to koniec. Ale nie potrafił tego zrobić. Zawsze był niechciany i odrzucony. Nie cierpiał tego, kiedy ktoś miał się męczyć w jego obecności, więc nie chciał tego samego dla Dorcas. Przyzwyczaił się do samotności, wiedział, że da się z nią żyć. Ważne, żeby ona była szczęśliwa. Momentalnie przyszło opanowanie. Zobaczył w wyobraźni jej ciepły uśmiech i pełne miłości spojrzenie. Wiedział, że wściekłaby się, gdyby doszło teraz do bójki. Ten ostatni raz chciał zrobić coś dobrze, potem będzie już nieważne.
- Nic o niej  nie wiesz, McAlister. – rzucił pogardliwie i odwrócił się w stronę porozrzucanych na podłodze kartotek. Daniel nic nie odpowiedział. Wiedział gdzieś w głębi, że Black ma rację, ale już dawno postanowił, że ją pozna, nie ważne za jaką cenę. Zdziwiło go jednak zachowanie Gryfona. Celowo go prowokował, był pewien, że ten się zaraz na niego rzuci. Ale coś się nagle stało. Widział, jak Syriusz walczył ze sobą. Nie miał pojęcia skąd to nagłe opanowanie, ale w tej chwili był pełen podziwu dla niego. Również odwrócił się w stronę miejsca, gdzie siedział i wrócił do przerwanej lektury.

*

              Dziewczyny siedziały na kanapie przed kominkiem i rozmawiały o czymś cicho. Evans w międzyczasie zaznaczała fragmenty z książki o transmutacji. Mieli przygotować na jutro jak najwięcej informacji na temat przemiany pióra w okazałego ptaka. To prawie jak zrobić coś z niczego, więc Lily miała zamiar się do tego porządnie przygotować. Przy okazji wiedziała, że zmusi tym swoje przyjaciółki, by też trochę o tym poczytały.
- Dacie wiarę, że jesteśmy już na szóstym roku? – spytała Anne – Nigdy nie myślałam, że to tak szybko minie. A za niecałe dwa lata ukończymy Hogwart. I co wtedy? – tego typu pytania ciągle kłębiły się w głowie szatynki. Wiedziała, że ma jeszcze czas, ale nie miała bladego pojęcia co chce robić w życiu. Zazdrościła trochę swojej rudowłosej przyjaciółce, która wiedziała bynajmniej tyle, że chce iść gdzieś w kierunku uzdrawiania. Zawsze fascynowało ją ludzkie ciało i wszelkie procesy, jakie zachodziły w jego wnętrzu. Smykałką Dorcas były zaklęcia, a także zawsze była dobra w tłumaczeniu ich. Meadowes myślała o nauczycielstwie, ale miała też kilka innych planów i nie wiedziała który z nich jest lepszy czy gorszy. A Loran nie miała najmniejszego pomysłu. Przerażała ją wizja tego, że kiedyś będzie musiała dorosnąć.
- Jak to co wtedy? – spytała Evans, odrywając Anne od ponurych rozmyślań – Praca, dom, mąż, gromadka dzieciaków. – dziewczyny spojrzały zszokowane na Rudzielca. Pierwszy raz wspomniała, że chce mieć rodzinę. Zawsze zarzekała się, że nie cierpi dzieci, a faceci tworzą tylko niepotrzebne problemy.
- Lily, co ci się stało? – spytała rozbawiona Dorcas – Nie poznaję cię ostatnio.
- O co ci chodzi, Meadowes? – spytała poważnie prefekt, udając, że nie wie, co jej przyjaciółka ma na myśli.
- Pomyślmy… Zadajesz się z Potterem, jesteś dla niego po prostu miła i nagle zmieniłaś zdanie i chcesz mieć rodzinę, a nawet… - Gryfonka zamilkła w połowie zdania i zaczęła się głośno chichrać. Obie przyjaciółki spojrzały na nią zdziwione i lekko zaniepokojone. Nie pamiętały, kiedy ostatnio czarnowłosa się tak z czegoś śmiała, tylko szkoda, że nie wiedziały z czego. Kiedy ta się uspokoiła zaczęła od razu tłumaczyć powód swojego nagłego wybuchu.
- No bo… No bo… - nie wytrzymała i zaczęła się krztusić ze śmiechu. Po chwili wróciła do przerwanego zdania -  Po prostu do głowy wpadła mi pewna hipoteza – zaczęła z trudem panując nad kolejnym atakiem – Twoja relacja z Potterem kwitnie, a ty chcesz mieć nagle męża i dzieci. Rozumiesz?
Na końcu zdania Anne zaczęła się chichrać jak wariatka. Kilka osób obejrzało się, by sprawdzić, kto ma taki dobry humor. Lily patrzyła na nie jak zaklęta. Nie docierało do niej, to co wymyśliła jej przyjaciółka. Nie wiedziała czy ma zacząć się śmiać z tak absurdalnego pomysłu, czy zacząć się tłumaczyć, czym w sumie jeszcze bardziej się pogrąży. Ostatecznie stwierdziła, że po prostu nic z tym nie zrobi.
- Głupia jesteś i tyle – powiedziała tylko i wytknęła przyjaciółce język.
- Czyli to prawda? – spytała nagle Loran.
- Zwariowałaś? Dajcie spokój – oburzyła się dziewczyna lekko zakłopotana – Prędzej poślubię trolla z grzybicą i łuszczycą niż spędzę resztę życia z Potterem. – oznajmiła dobitnie i zagłębiła dalej w podręczniku.
- Łamiesz mi serce, Liluś. – nagle dobiegł ją nie wiadomo skąd głos Jamesa. Dziewczyny jak na rozkaz znowu parsknęły niekontrolowanym śmiechem, na co pani prefekt przewróciła niecierpliwie oczami.
- Nie wiem, skąd się tu nagle wziąłeś, Potter, ale lepiej dla ciebie gdybyś zniknął w tej chwili. – oznajmiła oficjalnie bez cienia uśmiechu.
- Naprawdę jestem aż taki zły? – żadnej odpowiedzi – No, kotuś. – dalej cisza – Skarbie, odpowiedz mi. – Dziewczyny wstrzymały oddech – Wygrywa ze mną obrośnięty troll? Nie możesz być aż tak okrutna, moja wiewióreczko. – Rogacz od razu wiedział, że wreszcie udało mu się sprowokować swoją ukochaną. Zawsze, kiedy kończyła się jej cierpliwość, przymykała powieki i zagryzała dolną wargę. Znał doskonale wszystkie jej reakcje.
- Uwierz mi, Potter, że jak skierujesz jeszcze jedno słowo w moją stronę, to obiecuję ci, że nigdy więcej nie będziesz mógł czochrać tych swoich kudłów, bo osobiście wyrwę ci każdy włos co do jednego i postaram się, a wiesz, że jestem dobra z eliksirów, aby nigdy więcej nie pojawił się chociażby meszek na twoim napuszonym łbie!
W Pokoju Wspólnym zapadła cisza, którą przerywał tylko tłumiony śmiech Anne i Dorcas. Każdy spoglądał rozbawiony i nieco zszokowany w ich  stronę. Wiedzieli, że Evans i Potter zawsze stanowili niebezpieczeństwo dla pozostałych, ale ostatnio ich kłótnie stawały się rzadkością. W końcu tą niezręczną ciszę przerwał sam zainteresowany.
- I za to cię kocham, Evans. – oznajmił okularnik z szerokim, zalotnym uśmiechem. Na co ta po prostu roześmiała się, poczochrała go po włosach i poszła w stronę dormitorium. Nie zdążyła jednak tam dojść, ponieważ do wieży Gryffindoru dostojnym krokiem weszła właśnie Minerwa McGonagal. Wszyscy obecni natychmiast ucichli i wstali, aby przywitać się ze swoją opiekunką.
- Dobry wieczór. Mam dla was, jak sądzę, dość dobrą nowinę. Bynajmniej dla starszej części z was. – spojrzała na obecnych szóstoklasistów– Za miesiąc zacznie się kurs teleportacji. – słowa Minerwy zostały na chwilę zagłuszone przez podekscytowanych uczniów, którzy od razu musieli dać upust swojej fascynacji.
- Ale proszę o ciszę! – kobieta uciszyła towarzystwo. - Dostępne będą dwa terminy. Pierwszy kurs zacznie się od stycznia i będzie on trwał do kwietnia. Wtedy odbędzie się zaliczenie. Mogą wziąć w nim udział osoby, które do końca czerwca ukończą siedemnaście lat. – w tym momencie Syriusz, który nie wiadomo kiedy się pojawił, zaczął buczeć zagłuszając dalsze słowa wicedyrektorki. – Black, szlaban. Pozostałe osoby będą mogły zdawać test od września do grudnia w siódmej klasie. Kurs teleportacji nie jest obowiązkowy. Kto chce wziąć w nim udział niech zapisze się na liście na tablicy.
W tej chwili na ścianie zawisła pergaminowa karta ze srebrnym tytułem, a McGonagal wyszła z wieży pozwalając uczniom dać nareszcie upust wrażeniom. Szukający drużyny od razu podbiegł do listy i zapisał swoje nazwisko. Wszyscy pozostali, którzy mogli, poszli w jego ślady. Podekscytowane głosy i okrzyki wypełniały teraz wieżę Gryffindoru. Wreszcie ich lekcje zostaną przerwane czymś praktycznym.
              Frank Longbottom stał spokojnie na końcu kolejki, nie chcąc się pchać. I tak pewnie zostałby wypchnięty, bo nikt go nigdy nie zauważa. Był cichym chłopakiem, jego nieśmiałość nie pozwalała mu nigdy wybić się przed szereg. Ilekroć próbował tyle razy wycofywał się i poddawał. Bał się, że ludzie go ocenią i skrytykują. Jego rodzice, którzy byli bardzo uzdolnionymi czarodziejami, wymagali od niego znacznie więcej, ale on nie potrafił się przełamać. Nie był głupi, wręcz przeciwnie. Potrafił czarować, ale nie był otwarty. Nie miał zbyt wielu przyjaciół, a dziewczyna, która mu się już od dawna podobała, nie wiedziała chyba nawet o jego istnieniu. Myślał nawet o pójściu do drużyny, aby tylko jakoś zaistnieć, ale nie wyobrażał sobie jak. Miał po prostu iść z miotłą i poprosić? Zwłaszcza, że kapitanem był nie kto inny jak James Potter. Nie potrafił zagadać do osoby, która cieszyła się chyba największą popularnością w tej szkole. Nagle jego spokojne rozmyślania przerwało dość silne uderzenie w plecy.
- Cześć, Frank! – pojawiła się nagle przed nim rozpromieniona Lily. – Co taki zamyślony stoisz? Przecież kolejka już się skończyła.
- Co? – Gryfon rozejrzał się rozkojarzony. Faktycznie przy tablicy ogłoszeń już nikogo, a on jak kołek stał na środku pokoju.  – A tak… Już idę. – zarumienił się, kiedy zdał sobie, że musiał wyglądać jak kretyn.
- Co słychać u ciebie? – zapytała Evans ciekawsko – Dawno nie rozmawialiśmy.
Ta dziewczyna była właśnie jedną z niewielu osób, które zauważyły jego istnienie. Lubił z nią rozmawiać. Była bardzo energiczna i czasami wciągała go w różne akcje, ale on zawsze ostatecznie się wycofywał. Wiedział, że miała mu to za złe, bo starała się mu po prostu pomóc, ale on zbyt często poddawał się wewnętrznemu lękowi. Wolał spędzać czas w zaciszu własnego pokoju, otoczony książkami. Ze znajomymi widywał się jedynie podczas zajęć lub kiedy uczył ich z zaklęć, z których był niemal najlepszy. Ciągle bił się ze sobą, że na koniec szkoły powinien w końcu zaistnieć, ale nie potrafił. Zbyt długo to odkładał, a teraz już po prostu nie miał pojęcia jak miałby to zrobić.
- To co zawsze – odpowiedział zgodnie z prawdą – Nic się nie zmieniło wciąż.
Longbottom wbił wzrok w ziemię i czekał na kolejną wersje rad ze strony koleżanki. Jednak ta tylko położyła mu rękę na ramieniu i uśmiechnęła się promiennie.
- Frank, możesz mi coś obiecać? – zapytała, stając naprzeciwko niego i spoglądając mu w oczy. Ten kiwnął głową i czekał na to, co usłyszy.
- Jutro musisz gdzieś ze mną pójść. I nie pytaj gdzie i co to będzie. Po prostu obiecaj, że tym razem się wywiążesz, proszę – Evans wzięła chłopaka za ręce i ścisnęła je. Widząc, że chłopak się waha dodała – Zobaczysz, że nie pożałujesz.
- Dobrze… Dobrze niech będzie – odpowiedział na jednym wydechu, bojąc się, że znowu sprawi przykrość rudowłosej dziewczynie.
- Wspaniale – Lily klasnęła radośnie – To widzimy się jutro po śniadaniu przy Wielkiej Sali. Do zobaczenia! – pożegnała się i pobiegła w stronę swojego dormitorium. Z jednej strony chłopak cieszył się, że może tym razem nie sprawi zawodu Gryfonce, ale poczuł znajome ukłucie lęku. Jednak tym razem postanowił, że nie pozwoli, aby ten strach nad nim zapanował.

*

Gryfon znajdował się sam w Pokoju Wspólnym. Wiedział, że powinien teraz siedzieć ze swoimi przyjaciółmi w dormitorium, ale obiecał Kate, że przyjdzie. Powiedziała mu tylko tyle, że chce z nim poważnie porozmawiać. Musiał przyznać, że trochę się bał. Nie miał pojęcia o co mogło chodzić jego dziewczynie. Miał tylko nadzieję, że nie ma zamiaru go zostawić. Przecież tak dobrze im się układało. Zaczął chodzić w kółko po pomieszczeniu. Nie wiedział ile jeszcze ma czekać. Może coś się stało i nie mogła przyjść. Jednak po chwili na schodach prowadzących do dormitorium dziewczyn pojawiła się blondwłosa piękność. Od razu podbiegł do niej i ucałował ją na powitanie. Nie mógł zrozumieć co się stało, że tak bardzo pokochał tą kobietę, ale wiedział, że zrobiłby dla niej wszystko. Była dla niego najważniejsza na świecie, tak samo jak jego przyjaciele. To oni stanowili dla niego najbliższą rodzinę. Marywale za pomocą różdżki rozpaliła już przygaszony kominek i usiadła na sofie. Gestem wskazała Gryfonowi, by zrobił to samo. Pettigrew usadowił się obok dziewczyny i objął ją swoim potężnym ramieniem. Ta kryjąc obrzydzenie, do którego nie mogła się przyzwyczaić, wtuliła się delikatnie. Nie chciała budzić podejrzeć, kiedy była na tak dobrej drodze.
- Kochanie, chciałaś ze mną o czymś porozmawiać – zaczął niepewnie chłopak. Nie był pewien czy może ją ponaglać, ale ciekawość nie pozwalała mu dłużej czekać.
- Tak… To jest dosyć delikatna sprawa, więc nie denerwuj się, kiedy powiem ci kilka rzeczy.
- Ale nie zostawisz mnie? – zapytał od razu Peter. Nie mógł się wyzbyć lęku, że być może się już nim znudziła.
- Skąd to pytanie? – spojrzała na chłopaka – Kocham cię, nigdy nie mogłabym cię zostawić – na potwierdzenie tych słów pocałowała czule chłopaka, co ten wykorzystał i nie mógł się odkleić od swojej partnerki. W końcu udało jej się jednak wyrwać z ramion Glizdogona.
- Ufasz swoim przyjaciołom? – zaczęła prosto Kate.
- Oczywiście, że tak. Są dla mnie jak bracia.
- Jesteś pewny, że oni też cię tak cenią, jak ty ich? – wpatrywała się w jego oczy z udawaną troską.
- Sądzę, że tak. – przyznał nieco niepewnie – Dlaczego zadajesz mi takie pytania? – spytał, wyciągając z prawej kieszeni spodni batonika i pochłaniając go w kilka sekund. Zawsze kiedy zaczynał się denerwować, musiał coś zagryzać. Wówczas się nieco uspokajał.
- Usłyszałam coś niedawno, ale skoro jesteś ich taki pewien, to musiało mi się coś pomylić. – blondynka przygryzła dolną wargę – Nie przejmuj się tym. – uśmiechnęła się ciepło i już chciała wrócić do pokoju, kiedy chłopak złapał ją za rękę i kazał usiąść.
- Co takiego słyszałaś? – spytał wystraszony – Powiedz mi.
- Ale… To nic przyjemnego.
- Dlatego mi powiedz, proszę – Peter wpatrywał się w nią swoimi wodnistymi oczkami, a ona po raz kolejny dziwiła się, jak ktoś taki jak Potter czy Black, mógł zadawać się z tym tłuściochem.
- No dobrze. Ostatnio przez przypadek usłyszałam rozmowę Syriusza i Jamesa. Rozmawiali o tobie i niestety nie mówili nic miłego. Ciągle się z ciebie naśmiewali. Oni w ogóle nie doceniają twojej przyjaźni, Pete. – zwróciła się do niego i chwyciła za dłonie – Jesteś dla nich tylko pośmiewiskiem. Wciąż mówili o tym jak jesteś beznadziejny i, że nie robisz nic innego jak jesz. Oni nie rozumieją tego, że chłopak w takim wieku, potrzebuje dużo energii. Dziwili się, jak przez tyle lat możesz dawać się nabierać na ich przyjaźń. Potem przyszedł Remus i jak dowiedział się o czym rozmawiając, to sam zaczął się nabijać. Powiedział, że jesteś nieudacznikiem i, że to przez ciebie większość ich kawałów okazuje się porażką. Stwierdził, że bez ciebie byłoby o wiele lepiej i mieliby jeszcze większe branie u dziewczyn niż dotychczas. Robisz im tylko za zbędny balast. – dziewczyna wtuliła się w Gryfona i zaczęła udawać, że płacze. – Przepraszam, kochanie. Nie chciałam cię smucić, ale uznałam, że lepiej jak się o tym dowiesz. Nie chcę, aby oni cię wykorzystywali. Jesteś wart więcej niż oni myślą. W ogóle cię nie doceniają. Widzą w tobie tylko materiał na ofiarę. – wpatrywała się w niego, oczekując reakcji. Pettigrew wpatrywał się tępo w ogień, który tlił się delikatnie i odbijał się poświatą w jego oczach. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Nie potrafił sobie tego nawet wyobrazić. Jego przyjaciele na pewno by tak nie powiedzieli. Musiała ich z kimś pomylić. Po prostu wynikło jakieś nieporozumienie.
- Kochanie – zaczął łamiącym się głosem – Jesteś pewna, że to byli oni? Na pewno ich z kimś pomyliłaś – stwierdził i uśmiechnął się delikatnie. Jednak Marywale pokręciła przecząco głową i patrzała smutno na chłopaka.
- Przykro mi, Pete.
Wraz z tymi słowami zauważyła przerażenie w jego oczach. Wiedziała już, że jej się udało. Bardziej ufał jej niż przyjaciołom. A więc już blisko do zrealizowania planu.
- Porozmawiaj z nimi. Może faktycznie wynikło jakieś nieporozumienie.
- Tak… Tak… Porozmawiam z nimi… Na pewno to nie tak… Nie tak..
Dłonie chłopaka zaczęły się trząść przyjmując zdenerwowanie właściciela. Starał się uporządkować jakoś myśli, ale po tym, co usłyszał, wiedział, że ciężko będzie to wszystko ułożyć.
- Pójdę już spać, słońce – Gryfon wstał z kanapy i ucałował dziewczynę w ręce.
- Śpij spokojnie i pamiętaj, że JA cię kocham ponad wszystko – oznajmiła i wysłała mu całusa w powietrzu. Chłopak uśmiechnął się niemrawo i ociężałym krokiem wspiął się po schodach do pokoju. Przekraczając próg pomieszczenia, rozejrzał się po jego wnętrzu. Spojrzał po kolei na każdego mieszkańca pokoju. Nie mógł uwierzyć, że oni byliby zdolnie to zrobić. Wiedział co prawda, że jest z całej czwórki najmniej popularny, ale jednak znał ich wszystkie tajemnice. Tyle rzeczy robili wspólnie. Czy miałby z nimi takie wspaniałe wspomnienia, gdyby nie to, że oni go naprawdę lubili? Nie miał pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Usiadł ciężko na swoim łóżku i schował twarz w dłoniach. Wiedział, że nie odważy się od razu porozmawiać z nimi o tym. Najpierw sam musiał sobie to wszystko poukładać i przetrawić. Po kilkunastu minutach ciągłego rozmyślania położył się spać z nadzieją, że cała ta historia okaże się tylko jego kolejnym koszmarem.

*

W biurze Aurorów panował istny zamęt. Całe Ministerstwo Magii zostało podniesione na nogi. Przesyłki wewnętrzne mijały się i trafiały do właściwych odbiorców. Była noc, a w budynku był taki ruch, jakby dopiero co wszyscy przyszli do pracy. Większość pracowników została podniesiona na nogi, szczególnie aurorzy, łamacze zaklęć, poszukiwacze, magowie obrony narodowej, przedstawiciele nieczystokrwistych, nawet sam minister magii zjawił się osobiście. Nie mogli znieść myśli, że to już trzecia osoba, która zaginęła w przeciągu dwóch miesięcy. Po ostatnich nie został najmniejszy ślad. Dokładnie tak jakby wyparowały z powierzchni ziemi. Tym razem nie mogli ponieść klęski, bo rozejdą się słuchy, że nic nie robią. Zwłaszcza, że ginęli sami mugolacy. Byłoby to bardzo nie w porządku, gdyby faktycznie nic nie zrobili z całą sprawą. Być może niektórzy uznaliby, że popierają idee czystej krwi. Ale wszyscy pracownicy wiedzieli, że tak nie jest. Znali te osoby, które zaginęły. Robili wszystko, aby dostrzec choć najmniejszą wskazówkę. Nie chcieli stracić kolejnej bliskiej współpracownicy. W domu czekał na nią mąż i trójka małych dzieci. Pierwsze z nich za rok miało iść do Hogwartu. Nagle po jednym z wydziałów poniósł się echem alarm. Wszyscy obecni pobiegli w tamtym kierunku.
- Znaleźliśmy ją! – rozległ się krzyk – Namierzyliśmy jej różdżkę!
Westchnienie ulgi było słyszalne chyba w całym budynku. To oznaczało, że kobieta prawdopodobnie jeszcze żyje. Szef Biura Aurorów wystąpił przed szereg
- Dajcie nam namiary, to pójdziemy ją znaleźć – rozkazał Alastor Moody. Był on najmłodszym w historii aurorem, a po kilku latach, dzięki sukcesom, które odnosił w swojej pracy, został mianowanym głównodowodzącym. Podszedł do poszukiwaczy, zamienił z nimi cicho kilka słów i odebrał mapę ze wskazówkami.
- Potter i Lonbottom, idziecie ze mną.
- Tak jest! – dwójka mężczyzn zgodliwie potwierdziła, że są gotowi ruszać. Obrócili się za swoim przywódcą i ruszyli za nim w stronę kominków. Na terenie Ministerstwa nie można było się teleportować. Kiedy tylko znaleźli się na ulicach Londynu, wezwali swoje miotły i kiedy tylko do nich dotarły, wzbili się lekko w powietrze. Nie wiedzieli ile godzin lecieli. Co jakiś czas Edwin, ojciec Franka, sprawdzał czy nie zbaczają z trasy. Wszyscy trzej mężczyźni, nie chcąc się dekoncentrować, lecieli w milczeniu. Zbliżali się do celu w szybkim tempie. Charlus nałożył na nich tarczę, by nikt ich nie zobaczył, dodatkowo wspomogli się jeszcze zaklęciem kameleona. Po kilku minutach znaleźli się dokładnie w miejscu, które wskazywała mapa. Panowie zniżyli się powoli, aż zaczęli dostrzegać zarys starej kamienicy, prawdopodobnie opuszczonej. Sam budynek znajdował się w niewielkim miasteczku na jego obrzeżach. Miejscowość była niezadbana, sprawiała wrażenie wręcz zapomnianej przez ludzi. Czarodzieje wylądowali miękko na ziemi i odstawili miotły. Powoli, starając się robić jak najmniej hałasu, weszli do kamienicy. Różdżki trzymali w pogotowiu, aby w każdej chwili być gotowymi do obrony.
- Ona jest nudna…
Usłyszeli z oddali zachrypnięty głos. Poszli w tym kierunku podchodząc pod drzwi, z których prawdopodobnie się on wydobywał. Następne zdania słyszeli już wyraźnie.
- Ale nie możemy jej zabić.
Usłyszeli inny, bardziej piskliwy głos.
- Nie byłoby różnicy. I tak co chwile mdleje. Słaba jest. Dlaczego Czarny Pan każe nam przetrzymywać kogoś takiego?
- Nie kwestionuj lepiej jego zdania. Lord Voldemort wie co robi. Nie ma mądrzejszego i potężniejszego czarodzieja na całym świecie.
Z jego słów płynęło czyste i naiwne uwielbienie. Drugi mężczyzna nie śmiał już wyraźnie nic powiedzieć, ponieważ za drzwiami nastała cisza. Jednak za chwile przerwało ją ciche pojękiwanie.
- O! Ocknęła się wreszcie – mężczyzna podszedł, złapał kobietę za włosy i podniósł z ziemi.
- Nie… Nie… Proszę… Zostawcie mnie… Zabijcie mnie… - z gardła kobiety wydobywało się ciche błaganie.
- Słyszysz Malcolm? Ona nas wręcz prosi, żebyśmy się jej pozbyli – śmierciożerca zaśmiał się gardłowo.
- To byłoby zbyt proste, szlamo. – wycedził jego towarzysz – Trochę się jeszcze tobą zabawimy.
Po pomieszczeniu poniósł się krzyk mrożący krew w żyłach. Był on pełen przerażenia i bólu. Potter nie mógł wytrzymać. Podbiegł do drzwi z zamiarem otworzenia ich, ale powstrzymała go ręka Alastora.
- Pójdziemy razem, na trzy.
Po odliczeniu Moody wyważył drzwi od pokoju i od razu zaczął ciskać zaklęciami. Śmierciożercy szybko zostali unieszkodliwieni. Widać było, że nie spodziewali się żadnego ataku, nie byli na niego nawet przygotowani. Ranna kobieta leżała na podłodze, umazana krwią. Oddychała ciężko, a jej ciałem wstrząsał spazmatyczny płacz. Na pierwszy rzut oka nie można było rozpoznać w niej tej samej kobiety, którą znali. Mężczyźni szybko podbiegli z zamiarem teleportacji, ale nagle Charlusa coś podciągnęło do góry. Aurorzy rozejrzeli się. W drzwiach stała trójka śmierciożerców, a za nimi jeszcze kilku innych. Nie mogli pozwolić, by ktoś ukradł zdobycz Czarnego Pana. W pomieszczeniu rozbłysło od zaklęć. Promienie z różdżek mijały się, zderzały, ganiały jeden za drugim. Wyglądało to jak piękny, świetlny taniec, tylko z tą różnicą, że to był taniec na śmierć i życie.
- Avada kedavra!
Strumień zielonego światła pomknął w stronę na wpół żywej kobiety.
- NIE!!!
Charlus rzucił się rozwścieczony na mężczyznę, który rzucił mordercze zaklęcie. Nie mógł znieść myśli, że kolejna osoba zginęła z rąk tych bezmyślnych kukieł czarnoksiężnika. Zaślepiony żalem i złością nie zważał na to, co się dzieje, przez co nie był w stanie skutecznie się bronić. Po chwili poczuł palący ból w okolicy klatki piersiowej. Jednak nie przejmował się tym. Ciskał zaklęciami w czarnych, zamaskowanych mężczyzn. Poczuł kolejny raz ból w prawej nodze i upadł na podłogę. Zobaczył czerwoną plamę na nogawce swoich spodni, która wciąż się powiększała. Dostrzegł Longbottoma biegnącego w jego kierunku, ale nie wiedział, co było dalej. Poczuł kolejny raz ból w plecach. Teraz nie widział już nic. Wszystko spowiła ciemność. Ostatnim co poczuł, były czyjeś ręce chwytające jego obolałe ciało.